Polecane Strony:

rol-dan.pl - rolety poznan
stal-kwas.pl - rury kwasoodporne
techbaza.pl - golarka philips
smolej.pl - księgowość Szczecin
medandlife.com - nadciśnienie tętnicze
Zapraszamy.
A A A

Mieszkańcy otchłani - cz. III

 

 

 


Jack London
Mieszkańcy otchłani

 

Sami zresztą czują, że wszystkie moce społeczne sprzęgły się, aby ich pozbawić życia. Rozpryskiwaliśmy właśnie środek dezynfekcyjny w pobliżu kostnicy, kiedy zajechał karawan i wniesiono do środka pięciu nieboszczyków. Rozmowa zeszła na temat „białego leku” i „czarnej mieszanki”. Otóż przekonałem się, że według zgodnej opinii moich towarzyszy człowiek biedny, obojętne, mężczyzna czy kobieta, który w szpitalu sprawia zbyt wiele kłopotu lub jest beznadziejnie chory, zostaje „wykończony”. Innymi słowy, nieuleczalnie chorzy i niesforni pacjenci otrzymują dozę „białego leku” lub „czarnej mieszanki” i wędrują na tamten świat. Nieważne, czy dzieje się tak w rzeczywistości, czy też nie. Ważne jest głębokie przekonanie tych ludzi, że tak się dzieje. Stworzyli nawet specjalny język dla wyrażenia tego przekonania — „czarna mieszanka”, „biały lek”, „wykończyć”.
O ósmej zeszliśmy do piwnicy, gdzie przyniesiono nam herbatę i resztki ze szpitalnego stołu. Była to trudna do opisania mieszanina, spiętrzona wysoko na olbrzymim półmisku — ogryzki chleba, ochłapy tłuszczu i słoniny, przypalona skóra pieczeni, kości, jednym słowem, wszystkie odpadki, które trzymali w rękach i ustach pacjenci cierpiący na najróżniejsze choroby. Moi towarzysze zagłębiali ręce w tej masie i wykopywali, grzebali, przewracali, oglądali, odrzucali i wyrywali sobie co lepsze kęsy. Nie był to ładny widok. Świnie nie mogły zachowywać się gorzej. Ale ci nieszczęśliwcy byli głodni, pochłaniali więc żarłocznie odpadki, a gdy nie mogli już zjeść więcej, zawijali resztki w chustki od nosa i wsuwali je za koszule.
— Nie uwierzysz pan, co znalazłem tam na dworze, kiedy byłem tu któregoś dnia. Patrzę, leży cały kawał żeberek wieprzowych — zwrócił się do mnie Rudzielec. „Tam na dworze” oznaczało miejsce, na które wyrzucano śmieci, sbrapiane później środkiem dezynfekcyjnym. — Był to pierwsza klasa kawałek, mięsa na nim zatrzęsienie, więc łapię go w ręce i biegiem za bramę, potem dalej na ulicę i tylko rozglądam się za kimś, komu by to dać. Ale nie widzę żywej duszy, więc gnam, jakbym dostał bzika, a za mną pędzi ten drab szpitalny i pewnie myśli, że chcę dać nogę. Ale akurat jak mnie doganiał, zobaczyłem jakąś staruszkę i wetknąłem jej żeberka w fartuch.
O Dobroczynności, o Filantropio, zstąpcie do „cyrku” i weźcie lekcję u Rudzielca! Na samym dnie Otchłani spełnił uczynek tak idealnie altruistyczny, że piękniejszego nie znaleźć by poza jej granicami. Rudzielec postąpił pięknie, a jeśli nawet stara kobieta zaraziła się jakąś chorobą od „zatrzęsienia mięsa” na żeberkach, postępek mimo to był piękny, choć może już nie tak bardzo. Ale wydaje mi się, że najznamienniejsze jest tu zachowanie biednego Rudzielca, który o mało co „nie dostał bzika” na widok tak ogromnej ilości jedzenia mogącej się zmarnować.
Regulamin domu noclegowego wymaga, aby człowiek otrzymujący w nim schronienie przebywał w jego murach dwie noce i dzień; ja jednak ujrzałem już wszystko, co chciałem, zapłaciłem pracą za polewkę i barłóg i przygotowywałem się do ucieczki.
— Chodź pan, zwiejemy — rzekłem do jednego z towarzyszy wskazując otwartą bramę, przez którą wjechał do środka karawan.
— I dostaniemy dwa tygodnie?
— Nie, uciekniemy.
— Ani myślę, przyszedłem tu na odpoczynek — oznajmił z ukontentowaniem. — A jeszcze jedna noc w łóżku z pewnością mi nie zaszkodzi.
Wszyscy byli tego samego zdania, musiałem więc „zwiać” samotnie.
— Nie będziesz pan mógł tu już wrócić — ostrzegali.
— O to nie ma obawy — odpowiedziałem z zapałem, którego nie mogli zrozumieć, i wypadłszy za bramę, puściłem się pędem ulicą.
Pobiegłem prosto do mojego pokoju, zmieniłem ubranie, a w niespełna godzinę później siedziałem w łaźni tureckiej i razem z potem wydzielałem zarazki i wszystkie inne paskudztwa, które przeniknęły mi do naskórka — i żałowałem, że potrafię znieść
temperaturę tylko dwustu dwudziestu, a nie trzystu dwudziestu stopni.



„NOSZENIE SZTANDARU”
Nie chcą, aby robotnik byl ofiarą wytworów własnej pracy.
Nie chcą, aby robotnik byl ofiarą moich wygód i mojej próżności,
to jest wygód i próżności całej klasy, składającej sią z takich jak ja.
Niech perkal bądzie gorszy, byleby ludzie byli lepsi.
Nie trzeba tkaczowi odbierać przekonania, że nie jego robota,
lecz on jest na pierwszym miejscu.
Emerson
Nieść sztandar — znaczy w gwarze londyńskiej chodzić całą noc po ulicach; wywiesiłem więc ów urojony emblemat i wyszedłem na miasto, by przyjrzeć się jego życiu. Mężczyźni i kobiety zaludniają w nocy wszystkie ulice tej olbrzymiej metropolii, ale mój wybór padł na West End. Przyjąwszy za bazę wypadową Leicester Square, przetrząsałem całą okolicę od Embankment do Hyde Parku.
Gdy ludzie zaczęli wychodzić z teatrów, padał ulewny deszcz i świetny tłum, który opuszczał miejsca ‘rozrywki, miał nie lada kłopot ze znalezieniem dorożek. Ulicami sunęły nieprzerwane sznury powozów, ale większość ich była zajęta; i wtedy właśnie ujrzałem rozpaczliwe wysiłki obdartych mężczyzn i chłopców, którzy zdobywając dorożki dla pięknych pań i wytwornych panów pragnęli zarobić na nocleg. Używam słowa „rozpaczliwe” świadomie, bo ci nieszczęśni, bezdomni ludzie dla łóżka ryzykowali przemoknięcie; a jak zdołałem zauważyć, większość ich mokła, ale łóżka nie zdobywała. Wierzcie mi, że przetrwanie ulewnej nocy w mokrym odzieniu, kiedy jest się ponadto źle odżywionym i od tygodni czy miesięcy nie miało się w ustach mięsa, jest jedną z cięższych prób, przez jakie przejść może człowiek. Dobrze odżywiony i dobrze ubrany podróżowałem kiedyś przez cały dzień w temperaturze 74 stopni poniżej zera na termometrze spirytusowym, czyli przy stu sześciu stopniach mrozu, a choć cierpiałem, było to niczym w porównaniu z „noszeniem sztandaru” przez jedną londyńską noc, gdy się jest głodnym, obdartym i przemokniętym.
Kiedy rozeszły się już tłumy z teatrów, ulice ucichły i opustoszały. Widać było tylko wszędobylskich policjantów, rzucających snopy mętnego światła latarek do bram i w ciemne uliczki, oraz mężczyzn, kobiety i chłopców chroniących się przed deszczem i wiatrem pod osłoną murów. Jednakże Picadilly nie opustoszała zupełnie.

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 ... 19 Następna »